2012/06/06

warszawa wita, ale jeszcze bardziej żegna







trochę jest to historia smutna.
jak o psie, który zamiast jeździć koleją
okaleczony i przykryty ściółką na obrzeżach lasu
pierw jak martwy wyglądał, a potem już był martwy.

słońce w warszawie świeci nie mniej niż wszyscy przyjezdni
nafosforyzowani żądzą kariery, a jeszcze bardziej życiem na zeszyt,
beznadziejnie tłusty, dzielony linią cienką jak ich racje żywnościowe.

godzina taka, żeby zacząć nowe życie. zmęczony centralny.
pałac kultury opiera cień na nieskażonych stolicą twarzach.
wśród nich wioletta, patronka pieczarkarni z dziury pod chełmem,
po postrzale jaki jej ojciec dziewiętnaście lat temu
zadał jej matce, z miejsca skazując córkę na tułaczkę.

w snach wioletta jest monterem kosmosu w całej swej rozwiązłości,
a przynajmniej kioskarką, co obliczyła średnią zapałek
przypadającą na jedno pudełko.
natomiast na jawie jakby nie istnieje, zapadła się w sobie. 

obecnie bardziej stapia się niż stara.

i trochę jest to historia żadna
pełna niepłaconych rachunków, wypowiedzeń najmu,
porażek wpisanych w tabula rasa;
grzęznących w gardle łykowatych wymówek,
że przez chwilę coś było, lecz zgasło.
że tam wszystko gaśnie, bo wszystko już było.





[czerwiec 2012]

2012/05/21

wszędzie dobrze, ale nigdzie najlepiej


podróż trwała długo.
w pewnych momentach droga bywała tak nieprzejezdna,
że zostawiała co miała i szła w noc, w las i we wszystko,
a wszystko szło w nią nie zostawiając zupełnie nic.

obudziła się w wieku zwanym koszmarem pierwszoklasisty,
w którym najwięcej czasu spędza się w kuchni w towarzystwie radia.
ciężar ciała powstrzymuje przed ucieczką stare taborety
więzione od czasów wybuchu komuny, a w tle widać plecy świata.

z kąta w kąt, ze spuszczoną głową przechodzi do porządku dziennego
nad własnym ciałem, z którego życie próbują wykrzesać zamieszkujące piwnice koty.
wciąż zdumiona, że umiera zawsze, kiedy się zabija, wraca do siebie,
choć brak czasu na życie. 

jej głowa pozostaje niebezpiecznym miejscem.





[maj 2012]

2012/04/04

chwilowo nie żyję, ale jak zmartwychwstanę, wpierdolę wam cały internet


droga mario, matko boska, módl się za mną wiecznie głodną, nienażartą,
bym uzyskała zdolność przenikania przez te wielkie pojemniki z ciastkami z czekoladą
i wyczuwała przez papierek, który baton ma więcej nugatu.
błogosławiony owoc żywota twojego, głównie banan i pomarańcza i kiełbasa,
która mimo, że owocem nie jest, to ją pobłogosław najmocniej. amen.




2012/02/09

promiskuityzm


gdyby namalować obraz, najpierw zobaczyłbyś ziejące rozedmą kominy bezlitosne jak wzierniki majstrujące przy dupach posępnych budynków; wzorem trądziku rozkwitające ogniska zapalne marketów, skąd młodzież czerpie dziś wiedzę o życiu. ulicami w kolorze zaawansowanej pleśni maszerują dzieci w barwach wyżartych przez śląską takąsamość, smutne i przejęte jak ci brzydko-biedni ludzie toczący batalie w tasiemcach pod mopsem.


jolu, mama przyjdzie do szkoły?
mama powiedziała, że nie przyjdzie, bo się boi.
czego się boi?
ogólnie - życia. i oświaty.
alfabet zawsze napawał ją lękiem.

o joli to można było mówić i mówić. jola to był temat rzeka,
nawet nie z racji tego, że we wczesnej młodości wpadła matce
z wózkiem prosto do bytomki, skąd wyłowili ją spacerowicze.
książka się pisała, powieść sensacyjno-sci-fi-erotyczna,
jolanta ósmy cud świata i kosmosu, rychło w kąt porzucona
na skutek wstępu wymagającego cudów jeszcze większych,
jak chociażby znajomość ortografii (albo pisowni w ogóle).

w sprawie joli to generalnie nikt nigdy nic.
sprawy joli w ogóle nie było, bo ona sama jakby nie istniała.
szybko potknęła się o dorosłość lądując twarzą w piachu zaraz za jej progiem,
rozsupłując giętkie nogi oddała się w leasing męskiej części miasta.
jolu, och, jolu, aleś narobiła sobie w życiu rozpierdolu.

za konduktem wózków pełnych dzieci, o których wiadomo, że z nich nic nie będzie
idzie taka nieproszona, gdzie diabeł mówi dobranoc - hif na noc -
skrobanki za firanki, kłykciny pod pierzyny; taka obiecująca, że się nic nie wydarzy,
że w noc pójdzie, choćbyś nie wiadomo ile nosów jej złamał i żeber przeliczył.
jak trupa za nogi ciągnie po ziemi własne nieszczęście. promiskuityzm.




[luty 2012]

2012/01/14

tajemnica klementyny kucharskiej


krystian, pocałuj klementynę.
 ale klementyna jest gruba.
 krystian, pocałuj klementynę powiedziałam!
 ale ona jest naprawdę bardzo gruba!
 popatrz, klementyna płacze. płacze przez ciebie.
gdybym był gruby, to też bym płakał.






kochanowskiego osiemnaście be zbroi się w parasole.


to była bardzo dziwna dziewczynka, mówi sąsiadka regina z.
na tle tapety z żywych kotów, społeczniczka-mitomanka,
miss włamywania się do cudzych skrzynek na listy.
jej niezwykłość przejawiała się głównie w łuszczycy i otyłości,
która przykuła ją do wózka niczym uraz kręgosłupa, a także w tym, no,
kurcze zapomniałam, a chciałam tak ładnie zakończyć.
to w telewizji pójdzie, prawda? (a miałam iść do fryzjera.)
a na którym? bo wie pan, ja mam tylko dwa programy. (w sumie to trzy,
ale kto głodny całego świata zadowala się regionalną trójką.)

potrafiła cały dzień przesiedzieć przy ławce bawiąc się palcami, relacjonuje pan zbigniew w.,
księgowy w zachodniej korporacji z filią na śląsku, co niewątpliwie ma mu nadać pewien prestiż.
nie wiem, co ona z tymi palcami robiła, ale dzieci szydziły z niej, wyzywały, popychały, opluwały
i robiły różne świńskie dowcipy. raz widziałem jak została unieruchomiona przez dwóch chłopców,
a trzeci wrzucił jej do ust pająka. ale panie, co to za pająk był? ten na cienkich nóżkach.
to ani nie pogryzie, krzywdy nie zrobi. a ta jak ryja rozdarła, chryste miłosierny, to myślałem,
że się ziemia rozstąpi i nas wszystkich pochłonie. całe życie mi przed oczami przeleciało.

ja to w ogóle myślę, że ona z jakimiś ciemnymi siłami w związku pozostawała,
bo jak tam wyła za ścianą, to wszyscy szykowali palta i parasole wiedząc, że burza przyjdzie,
szepcze pan krzysztof r., etatowy dziwoląg o odwiecznie zaczerwienionym alkoholowo nosie,
amator bicia kobiet po twarzy i niemodnych swetrów w pseudo tureckie wzory.
ona od diabła prosto przyszła, spod skrzydeł lucyfera. siać chaos i zniszczenie.

ojciec?, zaczyna artystycznie pani kazimiera o. przybierając teatralne pozy przy złuszczonej framudze;
ojciec mówił niewiele i niewiele go w ogóle było. nigdy go nie było i w zasadzie nawet go nie widziałam.
oj, coś pokręciłam. wy to potniecie chyba? ułożycie logicznie? bo jak to zobaczy ta piękna szczerbata z dołu,
chujokurwa, co ją komornik odwiedza częściej niż listonosz, to mi w życiu nie odpuści.

tam w domu nigdy się nie przelewało, relacjonuje pani małgorzata p., stara panna,
której dawno nikt nie spruł rajstop. stąd ja się wciąż dziwiłam, czemuż ona taka gruba,
jak tam nie było co do gara włożyć. a potem, co się okazało, to ja już nie mówię.
a powiem, co mi tam. sodoma i gomora. tyle powiem. smród, brud i ubóstwo! a tfu!


zbroi się w parasole osiemnaście be kochanowskiego.




[grudzień 2011]