2012/04/04
chwilowo nie żyję, ale jak zmartwychwstanę, wpierdolę wam cały internet
droga mario, matko boska, módl się za mną wiecznie głodną, nienażartą,
bym uzyskała zdolność przenikania przez te wielkie pojemniki z ciastkami z czekoladą
i wyczuwała przez papierek, który baton ma więcej nugatu.
błogosławiony owoc żywota twojego, głównie banan i pomarańcza i kiełbasa,
która mimo, że owocem nie jest, to ją pobłogosław najmocniej. amen.
2012/02/09
promiskuityzm
gdyby namalować obraz, najpierw zobaczyłbyś ziejące rozedmą kominy bezlitosne jak wzierniki majstrujące przy dupach posępnych budynków; wzorem trądziku rozkwitające ogniska zapalne marketów, skąd młodzież czerpie dziś wiedzę o życiu. ulicami w kolorze zaawansowanej pleśni maszerują dzieci w barwach wyżartych przez śląską takąsamość, smutne i przejęte jak ci brzydko-biedni ludzie toczący batalie w tasiemcach pod mopsem.
jolu, mama przyjdzie do szkoły?
mama powiedziała, że nie przyjdzie, bo się boi.
czego się boi?
ogólnie - życia. i oświaty.
alfabet zawsze napawał ją lękiem.
mama powiedziała, że nie przyjdzie, bo się boi.
czego się boi?
ogólnie - życia. i oświaty.
alfabet zawsze napawał ją lękiem.
o joli to można było mówić i mówić. jola to był temat rzeka,
nawet nie z racji tego, że we wczesnej młodości wpadła matce
z wózkiem prosto do bytomki, skąd wyłowili ją spacerowicze.
książka się pisała, powieść sensacyjno-sci-fi-erotyczna,
jolanta ósmy cud świata i kosmosu, rychło w kąt porzucona
na skutek wstępu wymagającego cudów jeszcze większych,
jak chociażby znajomość ortografii (albo pisowni w ogóle).
w sprawie joli to generalnie nikt nigdy nic.
sprawy joli w ogóle nie było, bo ona sama jakby nie istniała.
szybko potknęła się o dorosłość lądując twarzą w piachu zaraz za jej progiem,
rozsupłując giętkie nogi oddała się w leasing męskiej części miasta.
jolu, och, jolu, aleś narobiła sobie w życiu rozpierdolu.
za konduktem wózków pełnych dzieci, o których wiadomo, że z nich nic nie będzie
idzie taka nieproszona, gdzie diabeł mówi dobranoc - hif na noc -
skrobanki za firanki, kłykciny pod pierzyny; taka obiecująca, że się nic nie wydarzy,
że w noc pójdzie, choćbyś nie wiadomo ile nosów jej złamał i żeber przeliczył.
jak trupa za nogi ciągnie po ziemi własne nieszczęście. promiskuityzm.
2012/01/14
tajemnica klementyny kucharskiej
krystian, pocałuj klementynę.
ale klementyna jest gruba.
krystian, pocałuj klementynę powiedziałam!
ale ona jest naprawdę bardzo gruba!
popatrz, klementyna płacze. płacze przez ciebie.
gdybym był gruby, to też bym płakał.
ale klementyna jest gruba.
krystian, pocałuj klementynę powiedziałam!
ale ona jest naprawdę bardzo gruba!
popatrz, klementyna płacze. płacze przez ciebie.
gdybym był gruby, to też bym płakał.
kochanowskiego osiemnaście be zbroi się w parasole.
to była bardzo dziwna dziewczynka, mówi sąsiadka regina z.
na tle tapety z żywych kotów, społeczniczka-mitomanka,
miss włamywania się do cudzych skrzynek na listy.
jej niezwykłość przejawiała się głównie w łuszczycy i otyłości,
która przykuła ją do wózka niczym uraz kręgosłupa, a także w tym, no,
kurcze zapomniałam, a chciałam tak ładnie zakończyć.
to w telewizji pójdzie, prawda? (a miałam iść do fryzjera.)
a na którym? bo wie pan, ja mam tylko dwa programy. (w sumie to trzy,
ale kto głodny całego świata zadowala się regionalną trójką.)
potrafiła cały dzień przesiedzieć przy ławce bawiąc się palcami, relacjonuje pan zbigniew w.,
księgowy w zachodniej korporacji z filią na śląsku, co niewątpliwie ma mu nadać pewien prestiż.
nie wiem, co ona z tymi palcami robiła, ale dzieci szydziły z niej, wyzywały, popychały, opluwały
i robiły różne świńskie dowcipy. raz widziałem jak została unieruchomiona przez dwóch chłopców,
a trzeci wrzucił jej do ust pająka. ale panie, co to za pająk był? ten na cienkich nóżkach.
to ani nie pogryzie, krzywdy nie zrobi. a ta jak ryja rozdarła, chryste miłosierny, to myślałem,
że się ziemia rozstąpi i nas wszystkich pochłonie. całe życie mi przed oczami przeleciało.
ja to w ogóle myślę, że ona z jakimiś ciemnymi siłami w związku pozostawała,
bo jak tam wyła za ścianą, to wszyscy szykowali palta i parasole wiedząc, że burza przyjdzie,
szepcze pan krzysztof r., etatowy dziwoląg o odwiecznie zaczerwienionym alkoholowo nosie,
amator bicia kobiet po twarzy i niemodnych swetrów w pseudo tureckie wzory.
ona od diabła prosto przyszła, spod skrzydeł lucyfera. siać chaos i zniszczenie.
ojciec?, zaczyna artystycznie pani kazimiera o. przybierając teatralne pozy przy złuszczonej framudze;
ojciec mówił niewiele i niewiele go w ogóle było. nigdy go nie było i w zasadzie nawet go nie widziałam.
oj, coś pokręciłam. wy to potniecie chyba? ułożycie logicznie? bo jak to zobaczy ta piękna szczerbata z dołu,
chujokurwa, co ją komornik odwiedza częściej niż listonosz, to mi w życiu nie odpuści.
tam w domu nigdy się nie przelewało, relacjonuje pani małgorzata p., stara panna,
której dawno nikt nie spruł rajstop. stąd ja się wciąż dziwiłam, czemuż ona taka gruba,
jak tam nie było co do gara włożyć. a potem, co się okazało, to ja już nie mówię.
a powiem, co mi tam. sodoma i gomora. tyle powiem. smród, brud i ubóstwo! a tfu!
zbroi się w parasole osiemnaście be kochanowskiego.
2011/12/11
czydziści cztery
Proszę zaprotokołować: zginę tragicznie.
Ale skąd ta pewność?
Jak to skąd? Zginę i koniec. Koniec kropka, dyskusja dalsza bezcelową jest. Wypierdalać mi, już.
Ale to co, miałeś jakąś wizję, czy jak?
Ta to się naoglądała za dużo filmów o oszukiwaniu przeznaczenia, o w chuja robieniu go.
Nie.
To co?
No nic to, po prostu kiedyś wstałem, zaparzyłem mocną, kwaśną kawę, którą zneutralizowałem mlekiem i cukrem, pierdolnąłem jajka i tosty, usiadłem i przeczesując skołtuniałą sierść Pudelka oraz reszty hien doznałem pewnego rodzaju olśnienia. Trzydzieści trzy lata, może trzydzieści cztery. Tak, tak. Weźmy opcję z czwórką, bo za powiązaną z Chrystusem trójkę znowu naobrażają się moi katoliccy znajomi (takich też posiadam). Pisaliby znowu: wiesz, ja cię szanuję i lubię, ja ci zawsze i wszystko. Wszędzie. Ty wiesz przecież. I o tym ruchaniu psów było śmiesznie, jedzeniu dzieci - sympatycznie, ale Chrystusa zostaw w spokoju, bo Chrystus wybitnym człowiekiem był. Nosił koronę, krzyż nosił.
Ale skąd ta pewność?
Jak to skąd? Zginę i koniec. Koniec kropka, dyskusja dalsza bezcelową jest. Wypierdalać mi, już.
Ale to co, miałeś jakąś wizję, czy jak?
Ta to się naoglądała za dużo filmów o oszukiwaniu przeznaczenia, o w chuja robieniu go.
Nie.
To co?
No nic to, po prostu kiedyś wstałem, zaparzyłem mocną, kwaśną kawę, którą zneutralizowałem mlekiem i cukrem, pierdolnąłem jajka i tosty, usiadłem i przeczesując skołtuniałą sierść Pudelka oraz reszty hien doznałem pewnego rodzaju olśnienia. Trzydzieści trzy lata, może trzydzieści cztery. Tak, tak. Weźmy opcję z czwórką, bo za powiązaną z Chrystusem trójkę znowu naobrażają się moi katoliccy znajomi (takich też posiadam). Pisaliby znowu: wiesz, ja cię szanuję i lubię, ja ci zawsze i wszystko. Wszędzie. Ty wiesz przecież. I o tym ruchaniu psów było śmiesznie, jedzeniu dzieci - sympatycznie, ale Chrystusa zostaw w spokoju, bo Chrystus wybitnym człowiekiem był. Nosił koronę, krzyż nosił.
Lepiej nosić niż się prosić.
Pozdrowionka. Papatki chujatki. Papasy jak murzyńskie kutasy.
Czydziści cztery. Magia tej liczby tkwi nigdzie. Nie ma żadnej magii. Wzięła się z dupy, znikąd. Przyszła do mnie, zapukała, zapytała: dzień dobry, czy jest Koko?
Owszem, soli jajka.
Pewnie, że soli, przecież nie pieprzy.
Aha, bo ja ostatni dzień zapowiadam jego, armagiedon znaczy się, przez małe 'a' i z wiejskim 'i,' bo to mały koniec świata będzie, nieznaczący i nieznaczny, trochę też wsiowy, ale za dużo mówić nie mogę, bo to ma być niespodzianka. Tak że dziękuję, pozdrawiam i smacznego.
No, no. Wypierdalaj, końcu świata. Będziesz mnie tu nękał bezkarnie. Bezładnie, bezskładnie. Won.
Koniec świata. Trochę mi się gęba śmieje, trochę mi się marszczy, tak jak moje wnętrze od lat kilku. Jakbym był wyściełany bibułą, albo czymś jeszcze gorszym. Na przykład papierem ściernym, który mi wyciera i rozciera wszelkie narządy na prawo i lewo, podstępnie, kierując je w stronę jelit. Zresztą jelita też mi wkrótce zetrze. Zostanę taki wytarty. Ślad na ścianie, jak znak w więziennej celi, że nie jesteś pierwszy i jedyny, że przed tobą byli tu inni i że na pewno nie będziesz ostatni, więc coś po sobie zostaw, to twoje kiciowe prawo.
Mam umrzeć tragicznie. Zginąć znaczy się, bo umrzeć to można na raka, albo na jakąś głupią chorobę.
Swoją drogą, jakie są najgłupsze choroby świata? Czy śmiertelne choroby wypada nazywać głupimi? A może jedyne co można z nimi robić, to zapadać na nie narzekając na NFZ i błagać o pomoc w tefałenie, a potem umierać na skutek niewystarczającej ilości esemesów? Ale ci się myśl ulepiła do refleksji zmuszająca, Nike masz jak chuj.
A tam, pierdolisz, czekaj, dzieci będziesz miał i inne wypadki. Podobnego typu zawirowania i turbulencje. Odmieni ci się. Tak ci się odmieni, że będziesz żył wiecznie. Najwieczniej. Jeszcze nas wszystkich przeżyjesz. Na znicze nie zarobisz, na kwiaty na nasze groby, na kremacje i mumifikacje, na ekshumacje. Jeszcze na to, jeszcze na tamto.
Nie.
Co nie?
Nie jako protest mój średnio natężony wobec tego bełkotu.
Jestem zmęczony. Niektóre miejsca mam obumarłe, a co za tym idzie, nie mogę dyktować warunków. Tak przyszło, tak wyszło. Czydzieści cztery i Dziękowski Stanisław. Jeszcze zobaczymy, kto się na czyje znicze i kwiaty wykosztuje, kto zapierdalać będzie listopada pierwszego w kwiecie wieku, jesienią życia na moje ponure grobiszcze, żeby mnie kurwami obrzucać, aż mi nazwisko szadź pokryje. Kto będzie bilety kilkuzłotowe kasował w środkach komunikacji miejskiej w drodze na cmentarz, aż będą trzaskać i huczeć kasowniki. Kto mi będzie krzyże wpierw kruszył (bo granitowe), a potem łamał (bo już za granit nikt nie zapłaci, z kijków będą DYI krzyże wpierdalać mi w ziemię, celując w serce, w oczodoły, w przełyk, żeby się dobrze trzymało. A bo to wie który, kiedy to wiatr porwie? A bo to wie, który to połamie, podpali, obsika?)
A proszę panaaa?
No?
A co to znaczy zginąć tragicznie?
Zginąć tragicznie, drogie dziecko, to znaczy samotnie, wewnętrznie staro, w najbrzydszym pokoju wynajmowanego mieszkania, w kałuży alkoholu zmieszanego z własnym moczem i butelką w tle. W takiej kompozycji, że żaden student ASP nie chciałby tego namalować, bo to tak martwa natura, że się płótno marszczy, łamie sztaluga i łysieje pędzel. Że się chłonie śmierć od samego patrzenia. Śmierć i smutek, bo one zawsze chodzą w parze. Takie dwa pedały, jeden duży, drugi mały.
Człowiek ginie tragicznie, kiedy kilka dni po jego śmierci inny człowiek znajduje go w tym całym syfie, jaki narobił za życia i jedyne co jest w stanie z siebie wykrztusić, to coś pokroju: kurwa, ja pierdolę.
I kiedy nikt nie przychodzi po klucze. Nie podlewa twojej jebanej paprotki, o którą się tak starałeś, nawet bardziej niż o siebie. I nikt nie zagląda w dokumenty pozostawione przez ciebie przy stole, nie chce twoich pieniędzy, twoich rzeczy, jakby w obawie, że wraz z nimi odziedziczy fragment tego nieszczęścia. Że fatum rozwinie nad nim swój szary baldachim.
I jeszcze nie zostawić listu. No jakiego listu, jakiego.
Mam umrzeć tragicznie. Zginąć znaczy się, bo umrzeć to można na raka, albo na jakąś głupią chorobę.
Swoją drogą, jakie są najgłupsze choroby świata? Czy śmiertelne choroby wypada nazywać głupimi? A może jedyne co można z nimi robić, to zapadać na nie narzekając na NFZ i błagać o pomoc w tefałenie, a potem umierać na skutek niewystarczającej ilości esemesów? Ale ci się myśl ulepiła do refleksji zmuszająca, Nike masz jak chuj.
A tam, pierdolisz, czekaj, dzieci będziesz miał i inne wypadki. Podobnego typu zawirowania i turbulencje. Odmieni ci się. Tak ci się odmieni, że będziesz żył wiecznie. Najwieczniej. Jeszcze nas wszystkich przeżyjesz. Na znicze nie zarobisz, na kwiaty na nasze groby, na kremacje i mumifikacje, na ekshumacje. Jeszcze na to, jeszcze na tamto.
Nie.
Co nie?
Nie jako protest mój średnio natężony wobec tego bełkotu.
Jestem zmęczony. Niektóre miejsca mam obumarłe, a co za tym idzie, nie mogę dyktować warunków. Tak przyszło, tak wyszło. Czydzieści cztery i Dziękowski Stanisław. Jeszcze zobaczymy, kto się na czyje znicze i kwiaty wykosztuje, kto zapierdalać będzie listopada pierwszego w kwiecie wieku, jesienią życia na moje ponure grobiszcze, żeby mnie kurwami obrzucać, aż mi nazwisko szadź pokryje. Kto będzie bilety kilkuzłotowe kasował w środkach komunikacji miejskiej w drodze na cmentarz, aż będą trzaskać i huczeć kasowniki. Kto mi będzie krzyże wpierw kruszył (bo granitowe), a potem łamał (bo już za granit nikt nie zapłaci, z kijków będą DYI krzyże wpierdalać mi w ziemię, celując w serce, w oczodoły, w przełyk, żeby się dobrze trzymało. A bo to wie który, kiedy to wiatr porwie? A bo to wie, który to połamie, podpali, obsika?)
A proszę panaaa?
No?
A co to znaczy zginąć tragicznie?
Zginąć tragicznie, drogie dziecko, to znaczy samotnie, wewnętrznie staro, w najbrzydszym pokoju wynajmowanego mieszkania, w kałuży alkoholu zmieszanego z własnym moczem i butelką w tle. W takiej kompozycji, że żaden student ASP nie chciałby tego namalować, bo to tak martwa natura, że się płótno marszczy, łamie sztaluga i łysieje pędzel. Że się chłonie śmierć od samego patrzenia. Śmierć i smutek, bo one zawsze chodzą w parze. Takie dwa pedały, jeden duży, drugi mały.
Człowiek ginie tragicznie, kiedy kilka dni po jego śmierci inny człowiek znajduje go w tym całym syfie, jaki narobił za życia i jedyne co jest w stanie z siebie wykrztusić, to coś pokroju: kurwa, ja pierdolę.
I kiedy nikt nie przychodzi po klucze. Nie podlewa twojej jebanej paprotki, o którą się tak starałeś, nawet bardziej niż o siebie. I nikt nie zagląda w dokumenty pozostawione przez ciebie przy stole, nie chce twoich pieniędzy, twoich rzeczy, jakby w obawie, że wraz z nimi odziedziczy fragment tego nieszczęścia. Że fatum rozwinie nad nim swój szary baldachim.
I jeszcze nie zostawić listu. No jakiego listu, jakiego.
Pożegnalnego.
Bo w sumie o czym pisać? Hejka, jak widać umarłem?
No i do kogo?
Bo w sumie o czym pisać? Hejka, jak widać umarłem?
No i do kogo?
[grudzień 2011]
2011/12/08
rohypnol
wypłakiwała się i wypłukiwała rozmazując smarki na pokrzywdzonej mejkapem twarzy,
wdychając roztocza z poszwy tłustej poduszki. agata, na którą nie było bata.
atakując pedalską grzywą kolorowych włosów już z samego rana,
ja - kucyk pony - mały dżony z rodziny zbędnych i drogich se stałem, se paczałem
oparty o pokryte kurzem książki, jak z niej wycieka niemalże cała butelka wódki.
a od wódki rozum krótki (i chlamydia i kiła i kłykciny kończyste).
agata lubi też walnąć do nocha, powiada zapytana gocha,
która ma taką siłę wciągania, że pochłania samą siebie,
by powrócić potem w wielkim stylu i pełnym drenażu.
skądinąd donikąd, z oiomu do domu. i tak w kreskę, macieju.
matko boska klubowa, powtarza agata,
błogosławionaś ty, między drinkami o nieznanym składzie,
chętnie stawianymi przez obcych mężczyzn o oczach ukrytych
pod czarnym prostokątem,
módl się za nami teraz i nad ranem,
byśmy miały siły na powrót do domu,
zyskały biegłość w zapominaniu.
[grudzień 2011]
Subskrybuj:
Posty (Atom)